4 days of happiness in Norway – part one

Samolot wylądował na lotnisku Rygge-Moss po niespełna dwóch godzinach lotu. Przygotowani na znacznie niższą temperaturę i ubrani dość ciepło spojrzeliśmy na siebie znacząco.
– Tak, pomysł, żeby nie zabrać krótkich spodenek był znów niezbyt trafiony.
Po odebraniu kluczyków w wypożyczalni samochodów ruszyliśmy na parking, żeby odnaleźć pojazd, który przez najbliższe cztery dni miał być dla nas restauracją, hotelem i środkiem transportu. Jest. Niebieski. Lśniący, pachnący nowością. Posiadający mnóstwo bajerów, które eN z coraz większym uśmiechem na twarzy zaczął testować.

W drogę. Etap pierwszy – sklep i kupno wody. 1,5 litrowa butelka to koszt jedynych 12 zł. Szybkie spojrzenie na ceny – ok. drogo. Drożej niż się spodziewaliśmy.

P1070230

Kierunek – północ i Sognefjord, największy i najdłuższy fiord w Europie. Po drodze przejeżdżamy przez Oslo, które okazuje się być niewielkim miastem ze świetnie rozwiązaną infrastrukturą – liczne ronda i wiadukty zastąpiły skrzyżowania z sygnalizacją świetlną. Ani razu nie staliśmy na czerwonym. Ani razu nie przejeżdżaliśmy przez przejście dla pieszych. Ruch płynny, spokojny. Nikt tu nie przekracza dozwolonej prędkości, a jeśli już się to zdarzy gdzieś na trasie, to jest to max 10 km/h. eN też stara się jechać przepisowo, w efekcie „wleczemy się” więc wciąż ze średnią prędkością 80 km/h.

Widoki powalają. Liczne błękitne jeziora kontrastują z zielonymi łąkami i osypanymi śniegiem szczytami gór. Jest po prostu pięknie, każdy zakręt kryje malowniczą scenerię, przy której nie można się nie zatrzymać i nie zrobić zdjęcia. Takie obrazki będą nam towarzyszyć każdego dnia – woda, góry, wodospady, łąki z pasącymi się na niej owcami i kolorowe domki. Sielanka.

P1060896

Po kilku godzinach jazdy wjeżdżamy w wysokie góry. Droga staje się bardzo kręta, a kolejnym przejechanym kilometrom towarzyszy spadek temperatury. Zaczynają się też kilkukilometrowe tunele prowadzące przez środek gór, jest ich coraz więcej. Wyjazd z jednego z nich sprawił, że szeroko otworzyliśmy oczy. Zniknęły łąki i pagórki, a my znaleźliśmy się w samym środku bieguna polarnego. Sypiący śnieg, wszystko wokół pokryte kilkumetrową białą czapą i temperatura bliska zeru. A jeszcze trzy godziny temu żałowaliśmy, że nie mamy lżejszych ubrań! Gęby nam się cieszyły jak dzieciakom na karuzeli!

P1070515

Objechanie fiordu zajęło nam cały dzień. Jako, że mnóstwo dróg w Norwegii to drogi płatne (i to słono), zdecydowaliśmy się na trasy dłuższe, ale darmowe. Żadne z nas tego nie pożałowało – gdybyśmy jechali autostradami, za szybami auta widzielibyśmy tylko barierki, a tak mieliśmy się czym zachwycać. Pod wieczór zaczęliśmy więc szukać miejsca, gdzie możemy zaparkować i przenocować (tak, tak – spaliśmy w samochodzie i tak już miało pozostać do końca). No dobra, eN szukał, bo ja to już chyba od godziny spałam na fotelu obok. I znalazł. Miejsce na postój obok wielkiego wodospadu. Olbrzymiego. I z widokiem na fiord z drugiej strony. Rozłożyliśmy fotele i padliśmy jak muchy, budząc się tylko co jakiś czas z zimna i uruchamiając samochód, by się nagrzał. Obudziło nas słońce i grzmot kotłującej się wody. Jedno z nas (i nie był to eN) zajęło się przygotowaniem ekskluzywnego śniadania w postaci kanapek z pasztetem z dodatkami do wyboru (kabanosy, ser lub ketchup), drugie zaś postanowiło wleźć na skały i popatrzeć na wodę z góry. Szybkie mycie przy pomocy baniaka z wodą i chusteczek dla niemowląt i znów wsiedliśmy do auta.

Drugi dzień to liczne przeprawy promami, najpiękniejsze chyba widoki i dojazd do Bergen. Ceny promów miło nas zaskoczyły – spodziewaliśmy się opłat w wysokości 200 zł, a w rzeczywistości były one czterokrotnie niższe. Ufff, przynajmniej to nas nie zrujnuje.
Bergen to niewielkie (chociaż drugie co do wielkości w Norwegii) miasto portowe. Wyszukaliśmy w przewodniku, że jest tam świetne oceanarium z wielkim akwarium, które jest i nad tobą i obok ciebie. Taaaak. Świetne oceanarium. Było świetne. 30 lat temu. Dziś jest  średnią atrakcją z kilkoma znudzonymi fokami, bandą pingwinów, wężami w gablotach i wypchanymi zwierzętami polarnymi. Ta wątpliwa atrakcja kosztowała nas 200 zł. Szybki spacer po porcie i znów do auta.

P1060973

Znów w drogę, tym razem już na południe, spełniać pewne marzenie eN…

2 Replies to “4 days of happiness in Norway – part one”

  1. eN to szczęściarz. Nie każdy ma kogoś, kto chce spełniać marzenia drugiej osoby. Kociszu, jest Was więcej? I w wersji męskiej?

    1. Nie. Jestem jedyna na świecie! 🙂

Dodaj komentarz