PODRÓŻE

4 days of happiness in Norway – part two

Preikestolen i Trolltunga. Dwa miejsca w górach, dwie skalne półki. Marzenie eN o zdjęciu w miejscu, które mnie przyprawia o skręt kiszek i zawroty głowy.

Do Trolltungi dojazd jest trudny – w przewodniku wyczytałam, że jest jakieś 10 km na wschód od miejscowości Tyssedal i tyle. Dobrze, że eN ma swoim turbosuperwypasionym smartphonie miliony aplikacji, w tym jedną z automapą. Ona bowiem doprowadziła nas krętą drogą na koniec świata.
Tak, to jest dosłownie koniec świata. Jedzie się bowiem krętą, żwirową drogą do miejsca, które zagradza szlaban. Enigmatyczna tablica przy nim obwieszcza, że dalsza droga jest prywatną i wjazd na nią jest na własną odpowiedzialność. Była 23:00, zimno, lał deszcz… Oczywiście, że wjechaliśmy.
Kilkukilometrowa trasa doprowadziła nas do sporego parkingu i tamy z jakąś budową. Zero informacji, czy to tu zaczyna się szlak na Trolltungę, czy nie. Wyboru dużego nie mieliśmy – zaparkowaliśmy auto i poszliśmy spać. Przed snem każde z nas chyba wyobraziło sobie piękny spacer wśród gór do najbardziej znanego miejsca w Norwegii…
Obudził nas deszcz uderzający w szyby i dach samochodu oraz ruch za oknami. Tymi ruszającymi się byli pierwsi turyści zmierzający na szlak. Zaraz, zaraz… Co oni? Idą w te góry na tydzień czy co? Wielkie plecaki, karimaty, rakiety śnieżne… Rakiety? Szybko, w jakieś dwie godziny, ubraliśmy się, zjedliśmy i postanowiliśmy opuścić cygański wagon, jakim stawało się powoli nasze auto. Bielizna termiczna, spodnie nieprzemakalne, wygodne adidasy. Kurtka do plecaka i już byliśmy gotowi. eN poszedł jeszcze tylko zapłacić za parking i mieliśmy wyruszyć na szlak.
Podeszłam do eN płacącego kartą dokładnie w momencie, w którym karta nie zadziałała. Poszedł więc po inną do samochodu, a do mnie zagadał wtedy chłopak pracujący w punkcie informacji.
– Idziecie na Trolltungę? Oczywiście macie buty na zmianę?
Minę musiałam mieć chyba niewyraźną, bo potem dodał:
– Wiesz, tam się idzie 10-11 godzin. Po tamtym szczycie, widzisz? I tam jest śnieg po kolana, właściwie 70% tej trasy jest zaśnieżone.
Fak mać, łowpizdu. Przekazuję te wieści eN, który ma minę podobną do mojej – to co my tu robimy w tych adidaskach? I to dlatego te rakiety śnieżne…
Wiedzieliśmy, że nie ma opcji, byśmy gtam poszli. Nie w tych ciuchach, nie z naszą kondycją, nie z moim świeżo zoperowanym kolanem. Postanowiliśmy wejść jednak na przełęcz, skąd powinien rozpościerać się widok na jezioro, tamę i góry. Wejście zajęło nam dwie godziny, a w jego końcówce towarzyszył nam śnieg, wiatr, błoto i przemoczone buty. Widok okazał się rzeczywiście obłędny i warty włożonego wysiłku i nowych więzadeł. Z zejściem było już trudniej, bo piekielnie śliskie kamienie nie ułatwiały bezupadkowego marszu. Jedno z nas (i nie był to eN) postanowiło więc dla bezpieczeństwa zjeżdżać po błocie metodą pośladkową, która ratowała właśnie te nowiuśkie więzadła.

P1070111

Zgodnie postanowiliśmy, że Trolltungę zdobędziemy latem, kiedy śnieg już nam groźny nie będzie. Preikstolen odpuścić nie zamierzaliśmy, więc znów zapakowaliśmy się do naszego domu na kółkach i ruszyliśmy na południe.

Trasa była tak trudna i pokręcona, że niektórzy (i znów nie był to eN. eN miał radochę, bo on lubi wszystko, co straszne), w pewnym momencie musieli sięgnąć po wiśniówkę, by ukoić skołatane nerwy i przestać spinać wszystkie mięśnie z każdym ostrym zakrętem. Przewodnik twierdził, że zdobycie tarasu skalnego Preikstolen to czterogodzinna trasa w łatwych warunkach, a nagroda jest imponująca.

Norway_Preikestolen

Po deszczowej, chłodnej nocy ruszyliśmy więc w góry. Rzeczywiście, trasa w skali trudności 1-10 otrzymała od nas 4 punkty, a tą notę wzmocniły raptem trzy ostre podejścia i wiejący zimny wiatr. Na szlaku sporo japończyków robiących zdjęcia z co drugim kamieniem, panie w jeansach i zasapani niemieccy emeryci. Już w połowie trasy wiedzieliśmy, że idziemy tam właściwie dla rozrywki i sportu. Cały fiord był spowity gęstą jak mleko mgłą, zasłaniającą dokładnie wszystko, co chcieliśmy zobaczyć. Skałę zdobyliśmy, jednak frajda z mglistej atmlosfery była dużo mniejsza.
Taras robi wrażenie. Kawał skały dającej widok na (podobno) cały fiord. eN usiadł na jej czubku i wysłał mnie do zrobienia zdjęć. Kiedy oddawałam mu aparat zapytał, czy też chcę. No…. w sumie… mogę tam stanąć… bezpiecznie. Ale żeby tak usiąć i machać nogami? Czyś ty, chłopaku, z byka spadł?
Poszłam stanęłam, pomachałam łapkami i mnie dopadło. Jestem tu. Już pewnie nigdy tu nie wrócę. I z drżącymi nogami, prawie że na kolanach, usiadłam. Opuściłam stopy. Wyczekałam kilka minut i zeszłam. Z bijącym sercem i białą twarzą. Z dumą w sercu.

P1070395

Zejście było dramatem. Schody, które w górę były przyjemnością, stały się narzędziem tortur dla mojej zdrowej nogi, na którą składałam całe obciążenie. Koszmar trwał dwie godziny, a kiedy eN wyciągnął na ostatnich metrach kamerę, zeby mnie nagrać, spłakałam się jak dziecko, któremu ktoś zabrał lizaka.

Marzenie eN zostało więc spełnione połowicznie. Uśmiech na twarzy był.  Ja zaś się przekonałam, że spełnianie cudzych marzeń może dawać radość równie wielką, jak spełnianie swoich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.