JUST KO, PODRÓŻE

Apetyt na świat

Mama mówi, żem harpagan i powsinoga. Że nie usiedzę w miejscu, że mnie swędzi i… “gdzie ty, dziecko, znów jedziesz?”. A ja tak muszę. Bo mam apetyt na świat.

Nie lubię wyjazdów zorganizowanych, z biurem podróży. Pachnie nudą. Nie dla mnie plaża upstrzona kolorowymi parasolkami, ze skoczną muzyką i barem z palmowych liści. Nie dla mnie wielkie hotele z setką pokoi, śniadaniem w formie szwedzkiego stołu, do którego ciężko się dopchać i basen, gdzie grupa Niemek i Rosjanek pod okiem animatorki próbuje pląsać zumbę. Nie mówię, że to jest złe. To nie dla mnie.

Dla mnie podróż to szansa na poznanie życia zupełnie odmiennego od tego, które ja prowadzę, na zanurzenie się w obcej kulturze i rozmowach z obcymi ludźmi. Jadę, żeby zobaczyć, jak się TAM żyje – jakie jeżdżą autobusy, co się je, jak się pije, żebrze, targuje na bazarach. Mając do wyboru spacer po Starówce z lokalnym przewodnikiem i niezależną włóczęgę po ulicach nie pokazanych w przewodniku wybiorę to ostatnie. Idąc z przewodnikiem może i zobaczę, gdzie mieszkał sławny pisarz i dowiem się, ile lat ma ta kupa kamieni. Ale nie zobaczę staruszka zgiętego w pół proszącego o jałmużnę, dzieciaków o umorusanych buziach bawiących się na zrujnowanych podwórkach. Nie poznam Macedończyka w podrzędnej knajpie z wytatuowanym na pośladkach napisem “the end”, nie porozmawiam ze sprzedawcą świeżych soków czy staruszką polskiego pochodzenia rozczulającą się na sam dźwięk rodzimej mowy.

Na wakacjach last-minute byłam dwa razy. W kilkuletnich odstępach. Nie powiem, że “nigdy więcej”, bo pewnie byłoby to kłamstwem. Bo przyjdzie pewnie taki moment, że będę miała ochotę zlecić komuś organizację wszystkiego, a sama przez te siedem dni nie robić nic poza wyprawami na plażę i z powrotem. Ale ten moment przyjdzie nieprędko.

Nie potrzebuję mieć posiłków o stałych porach, wygodnego łóżka i walizki pełnej ciuchów na każdą okazję. Nie muszę mieć nawet dostępu do prysznica i ciepłej wody, bo doskonale można się umyć w strumieniu lub na stacji benzynowej. Tak, nawet z moją fobią codziennego mycia włosów.

Bałkany zjeździłam autem i lokalnym transportem, śpiąc gdzie popadnie, tam gdzie akurat zastała nas noc. Było fantastycznie.
Dwutygodniowy objazd Rumunii był najbardziej śmierdzącym i upalnym wyjazdem – myć się nie bardzo było gdzie, a spaliśmy pod gołym niebem. Było fantastycznie.
W Norwegii spędziliśmy cztery dni w samochodzie – śpiąc w nim, jedząc chińskie zupki w brudnych naczyniach, śpiewając i narzekając na wszechobecny bajzel. Było fantastycznie.
Gruzję, taką prawdziwą, poznaliśmy dopiero po odłączeniu się od grupy. Bo wtedy mieliśmy szansę przemieszczać się rozklekotanymi marszrutkami, rozmawiać z Gruzinami, poznać nie mające żadnej reklamy atrakcje. Było fantastycznie.

Nosi mnie. Co miesiąc chcę być gdzieś. Trudno mi usiedzieć w Warszawie, zwłaszcza, że tanie linie lotnicze i noclegi dają coraz więcej możliwości. I mam eN, który na zaczepką na skypie “Są tanie bilety… Mediolan na 4 dni…” po niecałej minucie odpisuje “Bierz!”. Biorę. Ale następnego dnia okazuje się, że jeszcze Paryż jest taki tani. I że chciałabym zabrać Tatę do Madrytu, bo kibicuje Realowi i zawsze marzył o tym, by zobaczyć Hiszpanię. I za każdym razem jest ta sama odpowiedź. Bierz. Bo eN ma takie samo podejście do podróży jak ja. Ja planuję, rezerwuję, kombinuję, a On patrzy realistycznym spojrzeniem i dopina szczegóły.
I jest fantastycznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *