JUST KO, LIFESTYLE

CrossFitowe wspomnienie

CrossFit?  To nie dla mnie!

Nie pamiętam, ile razy Gosia ciągnęła mnie na trening na Skrę, nie zliczę, ile razy mówiła „przyjdź, spróbuj, dasz radę”. Zaciekawiona, czy na pewno dam radę, włączyłam kiedyś filmik na youtube, chyba z zawodów CF w Krakowie. I co zobaczyłam? Grupę pięknie umięśnionych ludzi z gibkością małp podciągających się na drążkach i z siłą zapaśnika rzucających sztangami. Hmmm… I że niby ja mam stanąć obok nich? Zrobić te dwie pompki, które jestem w stanie zrobić, zasapać się przy czwartym przysiadzie z kettlem i na koniec zrzucić sobie sztangę na łeb? W życiu! Skutecznie więc odpierałam kolejne ataki, które Goś na mnie przypuszczała, a box odwiedzałam tylko w celu podziwiania klatek piersiowych ćwiczących tam panów (dziewczyny, tak naprawdę to warto pojawić się tam choćby po to! ).

Pasję Gosi traktowałam chyba tak, jak 98% czytających ten tekst – z lekkim uśmiechem. Przecież wiadomo, że Gośka jest szalona, ma nadmiar energii i nie zniszczy jej nawet 250 kg sztanga. Owszem, zazdrość na widok brzucha i pleców z cudnie zarysowanymi mięśniami była, ale nie na tyle silna, by spróbować ruszyć swoje cztery litery. A że uparta jestem jak osioł i ciężko mnie namówić na coś, na co nie mam ochoty, to moje szanse na pojawienie się na WODzie były znikome.

Właśnie, znikome, ale nie zerowe. Tak, złamałam się. Namówiłam kumpla i 19 stycznia stawiłam się w boxie. Żebym nie uciekła w ostatniej chwili dostałam dedykowaną koszulkę R99 i obietnicę, że zostanę zeskrobana po tym jak umrę. Chwilę przed 15.00 moja przyjaciółka wrzuciła mnie na głęboką wodę i kazała stanąć na gumowej podłodze, obok tej przerażającej klatki i w gronie ludzi, którzy (sądząc po humorach i rozmiarach bicepsa) nie stali tam pierwszy raz.

I wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl, która zawsze towarzyszy mi przy nowych wyzwaniach. Nie owijając w bawełnę – „Zesram się, a nie dam się!”. Jeszcze nie wiedziałam, co oznaczają te dziwne nazwy i dlaczego obok nich widnieje liczba 50 (50? Będę musiała coś zrobić 50 razy?), ale wiedziałam, ze coby się nie działo, choćbym umierała, płakała, robiła długie przerwy, to zrobię wszystko, bez oszukiwania, bez zmniejszania liczby powtórzeń, bez ściemy. W nosie miałam to, że kiedy ja kończyłam pierwsze ćwiczenie, chłopak obok mnie już wykonywał trzecie.

Jak wyglądał plan zniszczenia?
10 kettlebell push press
20 sit ups
30 kettlebell swing
40 double-unders
50 kettlebell squat
40 double-unders
30 kettlebell swing
20 sit ups
10 kettlebell push press

 Wcześniej oczywiście była rozgrzewka, która właściwie mogłaby spokojnie być już właściwym treningiem. Przekładając na polski język musiałam zrobić: 10 wyrzutów ręką z 8 kilogramowym kettlem nad głowę, 20 brzuszków, 30 przysiadów z wyrzutem kettla z dołu przed siebie, 40 podwójnych skoków na skakance (lub 80 pojedynczych) i 50 przysiadów z kettlem trzymanym na wysokości klatki piersiowej. Potem powtórzenie w odwrotnej kolejności. Wszystko na czas, czyli im szybciej, tym lepiej.

Pierwsze push pressy z kettlem poszły jak po maśle. Co prawda przy dwóch ostatnich żałowałam, że zaufałam trenerowi i wzięłam 8kg zamiast 4, ale dało radę. Brzuszki też w porządku, w końcu 20 siadów to nie tak dużo. Przy swingach już byłam pewna, że ta ósemka to był zły wybór. Ale zgodnie z wcześniejszym postanowieniem nie zmniejszyłam obciążenia. Skakanka też poszła sprawnie, w końcu nogi mam dość silne. Przy squatach zaczęło się piekło. Oddech stał się szybki i urywany, uda twarde jak beton, kolana niezdolne do uginania się, a płuca zaczęły płonąć żywym ogniem. Przed oczami zaczęło robić się czarno, w uszach czułam pulsowanie i prawie słyszałam, jak mi krew zasuwa w żyłach. Dramat. 50 powtórzeń zrobiłam w ślimaczym tempie, odpoczywając co 5. Wydawało mi się, że trwa to wieki, z każdą kolejną rundą marzyłam o tym, żeby odstawić to żelazne cholerstwo i wziąć z powrotem skakankę. Udało się – nie zemdlałam, nie odpuściłam, przeklęte squaty zaliczone. Skakanka, wreszcie chwila „odpoczynku”! Niestety, na tym etapie również skakanka okazała się mordercza. Już nie skakało się tak łatwo i przyjemnie, każda praca mięśni nóg powodowała coraz większą ociężałość. Tak miało już być do końca – coraz trudniej, coraz ciężej. Krótkie spojrzenia na ćwiczących ze mną mobilizowały. Jeden facet wykonywał ćwiczenia prawie bez kropli potu na twarzy, ale ten obok mnie był zasapany i wolniejszy ode mnie. Z dwoma innymi szłam właściwie łeb w łeb. Pierwsze osoby skończyły. Przede mną były jeszcze brzuszki i push pressy. Musiałam dać radę.

I dałam. Trener przybił mi piątkę, kiedy zegar wybił 8:25. Podłoga była w tej sekundzie najwygodniejszym miejscem na świecie. To zmęczenie było potworne – nic nie mogło się z nim równać. Tańczenie oberka 3 godz bez przerwy chyba by mnie tak nie wyniszczyło, jak te 8,5 minuty.

W ciągu kilku minut oddech zaczął wracać, w głowie przestało dudnić, z nóg zeszło obciążenie. Ciało zaczęło się uspokajać, więc można było zerknąć na wyniki pozostałych. Dwóch facetów za mną – jeden z wynikiem ponad 10 minut, drugi niecałe 9. Chłopak przede mną – 8,15, czyli miałam tylko 10 s straty! Czołówka oczywiście daleko poza zasięgiem – 6 minut z kawałkiem.

W pierwszych chwilach po treningu dostałam potężną dawkę adrenaliny – człowiek wtedy czuje, że żyje. I ta duma, że dałam radę! To było istne szaleństwo, ale wciągające. Pół godziny po treningu już miałam ochotę poćwiczyć jeszcze raz!

Następnego dnia obudziłam się z zakwasami. Gorący prysznic niewiele pomógł. Obficie stosowane maści również. W kościele, kiedy uklękłam, z bólu pociekły mi łzy po twarzy. Moja Mama, pełna nadziei, że może to religijna atmosfera tak mnie wzruszyła, wybuchnęła śmiechem, kiedy zbolałym głosem poprosiłam ją, aby pomogła mi wstać. Zakwasy towarzyszyły mi przez dwa kolejne dni. Po następnym treningu już były mniejsze, choć to, że zwykłe umycie włosów jest bolesne, a założenie butów w przysiadzie niemożliwe, ma swój urok.

CrossFit jest dla mnie. Dla ciebie też. Dla tych, którzy potrafią zrobić tylko jedną pompkę, też. Spróbujcie, zamiast tak jak ja stracić kilka miesięcy na bezczynność. Dziś, po kontuzji, tęsknię głównie za ciężarami. Sztanga musiała pójść w odstawkę, choć stała się idealnym sposobem na rozładowanie emocji i nabuzowanie hormonami szczęścia. Ale kiedyś wrócę, choćby na chwilę! I nie zarzucę sobie kiedyś, że tego nie spróbowałam.

0 thoughts on “CrossFitowe wspomnienie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.