JUST KO

Cześć, czy to Ty jesteś Marta?

Ta historia w pewnych kręgach towarzyskich zaczyna już być kultowa. Czas akcji? Chyba 3 lata temu. Miejsce? Warszawa. Główni bohaterowie? Ja i on.

Dałam się umówić na randkę w ciemno. Wcześniej dostałam kontakt do tego gościa i poklikaliśmy trochę na skypie. Dobrze się gadało, na fotkach, które mi przesłał prezentował się całkiem nieźle, więc… a niech tam! Raz babie randka w ciemno!

Umówiliśmy się przy metrze Ratusz Arsenał, w niedzielę, w samo południe. Wrzesień to był chyba, tego dnia miał miejsce jakiś maraton. Podjechałam przezornie kilka minut wcześniej, żeby gdzieś z przyczajki najpierw obadać faceta. Kilka minut po dwunastej wciąż go nie było. Zaczęłąm się niepewnie rozglądać i obawiać, że… hmmm… on tez przyjechał wcześniej, też obadał sytuację i… cóż. Spierdolił.
Nagle z metra wyszedł chłopak. Taki mój typ! Spodnie lekko opuszczona na biodra, trampki, koszulka, bezrękawnik. Pod pachą jakaś gazeta, na uszach słuchawki. Niewysoki. Fajny! Wylazł z tego metra, usiadł na murku i zaczął kogoś wypatrywać. Kiedy nasze spojrzenia po raz drugi się spotkały, uśmiechnął się. I wtedy pomyślałam, że to może on! Niby trochę do siebie niepodobny, ale może… Więc kiedy spojrzeliśmy na siebie trzeci raz, uśmiechnęliśmy się, a on wstał i zaczął iść w moim kierunku…

Wtedy usłyszałam z lewej strony pytanie:
– Cześć, czy to ty jesteś Marta?
I popełniłam największy tego dnia błąd. Najpierw odpowiedziałam, poptem popatrzyłam.
– Taaak…
Odwróciłam głowę.

Przede mną stał osobnik rodzaju męskiego. Pulchniutki. Odziany w przykrótkie spodnie, chyba sztruksy, niebezpiecznie wysoko podciągnięte pod pachy. Buty w kształcie mrówkojada, wiecie, takie z wąskimi, wywiniętymi do góry czubkami. Skórzaną marynarkę, jakiej nie powstydziłby się Krzysztof Cugowski w 1974 roku. Długą, do pół uda, z szerokimi klapami.
Chodzący, żyjący relikt socjalizmu! Trzydziestoletni!!

Dobra, Ko, nie bądź suką. Przecież nieźle wam się gadało, a to że wygląda jak wygląda… Daj gościowi szansę!

Dałam. Poszliśmy na spacer na Starówkę. I był to najbardziej męczący spacer w moim życiu. Czego bym o sobie nie powiedziała, z ust mojego towarzysza wyskakiwały wciąż słowa “Ja mam tak samo!”, “O rany! Ja też!”, “To niemożliwe, że tacy jesteśmy podobni!”. Po jakimś czasie zaczęłam gościa podpuszczać i wymyślać coraz bardziej niestworzone historie, nawet zaczęłam mieć z tego ubaw. Chwilowy, bo marzyłam, żeby jak najszybciej móc wrócić do domu.
Szliśmy Krakowskim Przedmieściem, kiedy usłyszałam:
– A może wejdziemy na kawę? Tak dobrze się rozmawia…
Kawę? Dobrze? Matko i córko! Musiałabym użyć jakiegoś fortelu, żeby od niego uciec! Przez okno w kiblu albo coś podobnego… No nie, nie ma mowy!
– Wiesz, słabo się czuję. Chyba wolę, żebyś mnie odprowadził do metra.
Nie był zachwycony, ale kiwnął głową. Ulice były zakorkowane, biegli maratończycy. I wtedy mój misiaczek walnął tekst stulecia.
– Ja też kiedyś przebiegłem maraton.
Spojrzałam na niego, i jako że przypominał ludzika Michelina, zapytałam ostrożnie:
– Tak? Wow, szacunek! Jaki miałeś czas?
– Nie pamiętam dokładnie, ale 3 godziny jakoś.
Trzy godziny? Z trudem powstrzymałam śmiech.
– Hmm… a nie… sześć? Bo wiesz.. mam znajomych, którzy biegają… nie osiągnęli takiego czasu… a rekord świata to sa chyba dwie godziny w wykonaniu jakiegoś Kenijczyka…
Gość brnął w kłamstwo dalej. Zaczął tłumaczyć, że był wtedy w świetnej formie, mniej ważył, jakoś tak poszło. Na szczęście byliśmy już przy rotundzie, kilka kroków od wejścia do metra. Byłam uratowana z najgorszej randki mojego życia!
– To cześć, mam nadzieję, że niedługo się znów spotkamy! Dobrze mi się z tobą rozmawiało… i… czy mogę cię pocalować?

Do metra ruszyłam bardzo szybkim marszem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.