LIFESTYLE

Happy childhood

Pokolenie Transformersów. Roczniki 1990 i młodsze. Z oczami wlepionymi w komórkę, z uszami zatkanymi słuchawkami, młodzi, dziwni, zbuntowani.
Jechałam dziś metrem z taką ferajną. Podczas kilkunastominutowej trasy siedzieli wgapieni w telefony, z rzadka coś sobie na nich pokazując.
– Ty, weź obczaj…
– Prześlesz mi to?
– Eeej, zobaczcie, co Baryła wrzucił!
Aż ciśnie się tu na usta “Za moich czasów…”! Ale, do diabła, moje czasy naprawdę były jakieś takie fajniejsze.

W podstawówce wszystkie dziewczyny grały w gumę. W piątki, w syrenkę. Klasowe mistrzynie były powszechnie podziwiane, a właścicielki fabrycznie wyprodukowanych, kolorowych gum chełpiły się profesjonalnym sprzętem przed tymi, które miały zwykłą gumkę krawiecką z pasmanterii. Chłopaki na przerwach grali w zbijaka lub dwa ognie. Wszyscy zbierali wszystko – naklejki, serwetki, karteczki z kolorowych notesików. Uczyliśmy się podstaw ekonomii zamieniając bardziej popularne motywy na te unikalne. Jeden z sezonów należał do plastikowych krążków. Ustawiało się je w wieżyczkę, uderzało, a te odwrócone celnym rzutem przejmowało się od przeciwnika. Wszystkie szkolne korytarze usiane były wtedy siedzącymi na podłodze dzieciakami, słychać było jedynie dźwięk rozsypujących się krążków.
Mieliśmy identyczne rzeczy. Chińskie piórniki z kilkoma zamykanymi na magnes przegródkami dość późno ustąpiły miejsca tym na suwak, z wyposażeniem. Czapki z kangurkiem. Dresy ortalionowe. Przedszkolne rajstopy, za które chyba każde dziecko było podnoszone, kiedy mama wciągała je na tyłek. Piszczące tenisówki, plecaki ze sklepu indyjskiego, zeszyty w plastikowych okładkach.
Na podwórkach grasowały osiedlowe bandy. My przecież całe dnie spędzaliśmy na podwórkach!
– Wyjdziesz?
I wychodziło się na kilka godzin, dopóki mama nie zawołała przez okno. Okno było bowiem głównym środkiem komunikacji.
-Mamoooo! Rzuć dyyyycheee!
Z okien wychylało się wtedy kilka głów, więc nauczyliśmy się krzyczeć “Mamo Grażynko!”, “Mamo Basiu!”. Zrzucone oknem 10 tysięcy wystarczało na soczek w kartoniku, małe chrupki, gumę Turbo. Otwarcie gumy zawsze wiązało się z emocjami.
-Jakiego masz? Ja cieee, czarny mercedes, nie mam takiego… Zamienisz się?
W domu grało się w Pegasusa (Mario, Contra i strzelanie do kaczek!) albo w tetrisa na przenośnych grach. W wieku 10+ gardziliśmy wieczorynkami, hitem był kanał Polonia 1 i emitowane na nim japońskie bajki. Konia z rzędem temu, kto nie śledził przygód Yatta-Man, Tsubasy i Czarodziejki z księżyca. Poza tymi kreskówkami. Telerankiem i 5-10-15  w telewizji nie było dla nas praktycznie nic. Osiedlowe wypożyczalnie kaset wideo przeżywały więc prawdziwe oblężenie, kiedy pojawiały się nich nowe filmy.
Świetnie umieliśmy wypełniać swój wolny czas. Nie mając zbyt wiele mieliśmy wszystko: własnoręcznie zrobione łuki, kryjówki urządzone ze starych sprzętów, pistolety z patyków.. A przede wszystkim prowadziliśmy prawdziwe życie w offline.
Byliśmy jakoś tak… prawdziwie szczęśliwi.

 

0 thoughts on “Happy childhood

  1. chyba każde pokolenie ma takie wspomnienia. to obecne też będzie je miało… zupełnie inne niż nasze, ale dla nich pewnie równie wyjątkowe.

    fakt faktem. piękne to były czasy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.