JUST KO, PODRÓŻE

Interstellar

Didaskalia:
czas akcji: niedziela wieczór. Prawie noc.
miejsce akcji: Norwegia środkowa. Trasa Stavanger-Oslo.

Bohaterowie:
eM – zaspana, zmęczona, nieprzytomna. Co chwila zasypia na przednim fotelu, choć usilnie walczy z opadającymi powiekami.
eN – zmęczony, przytomny. Prowadzi auto.

Okoliczności zdarzenia:
Wracamy z okolic Stavanger pod Oslo, do Rygge. Lot mamy o 6:30, o 5:00 powinniśmy oddać samochód. W okolicach północy mamy przed sobą jeszcze jakieś 200 km.

Dramat właściwy:
Nawigacja precyzyjnie wskazuje nam czas dojazdu i odlicza kilometry. Mamy czas na krótkie postoje, aby eN się zdrzemnął, na kolejną chińską zupę. Luzik. Około północy przebudzam się i słyszę:
– Mamy prom na trasie.
Prom? OK, przecież na pewno kursują w nocy, może rzadziej, ale na pewno kursują. Znów przegrywam walkę z powiekami i odpływam.
– Niuńka, czekamy na prom. Idę spać, czuwaj, abyśmy go nie przespali.
OK, będę czuwać… taaaak… bęęęędę…. chhhrrrrrr….
– O kurwa, jest 4:00!!! – nerwowe stwierdzenie eN powoduje, że w sekundę się wybudzam. Stoimy, gdzie staliśmy, przed nami ten sam samochód oczekujący na prom. Prom stoi, nie odpłynął. Co jest? eN postanawia złamać zakaz wjazdu i podjeżdża pod statek. Gość w odblaskowej kamizelce informuje nas, że pierwszy prom odpływa 5:15.
Jak to o 5:15? o 5:15 to my musimy być już na lotnisku! Patrzymy z eN na siebie i już wiemy. Nie zdążymy. Nie ma takiej opcji. Sprawdzamy bilety – bagaż można nadać do 5:50. O 6:00 zamykane są bramki. A my o tej porze będziemy na środku fiordu.
Zaczyna mnie boleć brzuch ze stresu. Wydaliśmy mnóstwo kasy, teraz przyjdzie nam jeszcze kupować bilety w jakiś strasznych cenach, w dodatku nie wiemy, kiedy wrócimy. Nie za różowo. Ale trudno – przecież jakaś przygoda musi być!
Zaczynamy więc spokojnie pakować walizkę i sprzątać auto. Chwilę po 5:00 wjeżdżamy na pokład promu. Źli na siebie, że wcześniej nie sprawdziliśmy trasy, czasu kursowania promów.
eN nie daje za wygraną.
– Może lot będzie opóźniony? Robimy tak – wysadzam Cię przed terminalem. Ty biegniesz z walizką próbować nadać bagaż, ja oddaję samochód i ruszam do Ciebie.
– Ale bagaż jest na Ciebie, na twojej karcie pokładowej…
– To robisz zamieszanie, kłócisz się, panikujesz – coś wymyślisz!
Chwilę przed 6:00 zjeżdżamy z promu. eN zapierdziela z prędkością światła. Oboje wypadamy z auta 10 minut później, na parkingu wypożyczalni i biegniemy do hali odpraw. Biegnę za eN i widzę, jak otwiera mu się plecak i wypadają z niego rzeczy. Fakenszit, jeszcze to! Dobiegam do punktu bagażowego i macham kartkami przed oczami. Pytam, czy jest jeszcze szansa, żebyśmy polecieli tym samolotem. Pani spokojnie wykręca numer telefonu, szczebiocze coś po norwesku i mówi, że szansa jest. Tylko musimy iść opłacić bagaż w informacji, a potem prosto do bramek. eN biegnie płacić, a ja przeciskam się w kierunku bramek kontrolnych. Widzę, że eN też już jest, szuka mnie wzrokiem. Jakiś gość głośno krzyczy “Warszawa! Warszawa!”. eN z paniką w oczach wyrywa mi plecak i wraca do hali odpraw. Karta mu nie zadziałała, musi wypłacić pieniądze i zapłacić gotówką.
Długo nie wraca. Nie było go kilka minut, które były minutami na wagę złota. Obsługa lotniska niecierpliwie dopytuje, gdzie jest mój mąż i dlaczego nie tutaj, że samolot zaraz odlatuje i nikt nie będzie czekał i że to nasza wina.
Jest! Wpada eN po drodze wywracając jakieś pojemniki. Szybka kontrola i każą nam biec do samolotu, który czeka już na płycie lotniska z kompletem pasażerów. Przekazujemy walizkę i wbiegamy do samolotu. Padamy na nasze miejsca. Jest 6:20. Udało się.
To niemożliwe, ale zdążyliśmy. Jeszcze pół godziny temu byliśmy na promie, przybijaliśmy do brzegu. Chyba nam się czasoprzestrzeń zagięła. Jakaś siła wydłużyła nam te 30 minut.
Spokojnie łapiemy oddech. Mnie przestaje boleć brzuch, stres odpuszcza. eN patrzy na mnie z uśmiechem i mówi:
– Witaj w moim świecie!
Serio? Jeśli chodzi o takie przypadki, wolałabym go przeciągnąć do mojego świata. Bo w moim świecie bylibyśmy na lotnisku o 5:30 i jak cywilizowani ludzie czekali na lot.
Samolot startuje. Z emocji nawet nie czuję znienawidzonego momentu przesilenia. Kilka minut później oboje już śpimy.

——————-
PS. Jeszcze siedząc w samochodzie przysięgłam, że jeśli uda nam się złapać tani lot tego samego dnia, wpłacę 200 zł na fundację. I to na najbardziej pokręconą fundację. Mam dwa typy: Fundacja “Wiewiórka”, bo miała najobrzydliwszą kampanię ever i… Bieszczadzki Oddział GOPR, bo też są brzydcy (ale uwielbiam ich nad życie!). To jak? GOPR czy Wiewióra?

1 thought on “Interstellar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.