JUST KO

Kiedy ADHDowiec zachoruje…

Tyrasz cały tydzień. Od poniedziałku do piątku, po jakieś 8 godzin dziennie siedzisz w klimatyzowanym pomieszczeniu i klepiesz w monitor. Tydzień za tygodniem. W piątek ci się ulewa, a jak pomyślisz, że masz przed sobą tylko dwa dni wolnego, to ulewa ci się po stokroć bardziej. I kiedy idziesz do kuchni podgrzać paszę w porze lunchu i ucinasz sobie pogawędkę z kolegą wpadasz na genialny pomysł. A może by tak w przyszłym tygodniu “zachorować:? Pogrzać się pod kołdrą, wypocząć, zrobić zakupy, ogarnąć mieszkanie, mieć czas dla siebie i innych… No przecież genialne w swej prostocie!

W sobotę jedziesz pod Siedlce poganiać z laserowym karabinem po zimnej hali. Ganiasz tak trzy godziny i napierdzielasz do Arabów z przeciwnej drużyny, w przerwie pociągasz łyk zimnego browara i ściągasz bluzę, bo za gorąco. W niedzielę zaś budzisz się z charakterystycznym drapaniem w gardle, bolącym łbem w okolicach oczu i toną smarków w nosie. Co tam, przejdzie, to tylko przeziębienie.

W poniedziałek rano przeziębienie postanawia ci pokazać, że jednak nie przeszło. Jedziesz do fabryki i z każdą, ale to każdą minutą czujesz, że jest marnie. Tracisz głos, oczy bolą, wyglądasz jak kupa i tak się czujesz. Zgarniasz więc kompa pod pachę i wracasz do domu. Zdając relację ze swojego samopoczucia słyszysz w słuchawce śmiech:
– Bystra, jesteś jedyną znaną mi osobą, która jak postanowi ściemniać, że będzie chora, na wszelki wypadek naprawdę się przeziębia.
Smarki i szatany mające imprezę w twoim gardle bardzo klarownie podkreślają fakt, że prawdziwa choroba fajna nie jest. Miało być grzanie pod kołderką, jest sauna taka, że co chwila bierzesz prysznic, bo pocisz się jak szczur. Miało być umycie okien, jest siła tylko na zaparzenie sobie herbaty. Gorączka, brak apetytu, kaszel – taka piękna katastrofa!

Mija jeden dzień, drugi. W łóżku dostajesz świra, pupa jest obolała od leżenia, nawet uszy mają dość wiecznego kontaktu z poduszką. Wstajesz, zakładasz dresy i bluzę, próbujesz zrobić cokolwiek. Nie da się, ręce same opadają, nic się nie chce,  na nic nie ma siły. Nienawidzisz siebie takiej rozlazłej, bez energii (właśnie, kto mi podpierdolił moją energię?!), rozciapanej, znudzonej… Bleeeee…

Dzień trzeci. O! Jest lepiej! Bania nie pulsuje, w nosie mniej wszystkiego… Dobra, trza iść na pocztę, awiza zalegają. Jest radość,bo masz cel, wyjdziesz z domu, na powietrze i w ogóle. W środku dnia, nie będzie kolejek, więc załatwisz sprawę ekspresem. I rzeczywiście, cała wyprawa trwa jakieś 20 minut.A ty czujesz, jakbyś zdobyła biegun polarny. Albo jakbyś przedzierała się z maczetą przez amazońską dżunglę. Albo tańczyła Hucuły 8 godzin ciurkiem. Fak mać, no umierasz, jest ci gorąco i masz ochotę położyć się nago w łazience, bo tam podłoga taka zimna…

Czwartego dnia marzysz o tym, żeby iść do pracy. Usiąść przy kompie, ponarzekać na wszystko, klepać maile. Nawet 10 godzin dziennie. Byle tylko nie leżeć w łóżku. Na samą myśl o zwolnieniu do końca tygodnia oblewa cię zimny pot, a na usta ciśnie się przepiękne przekleństwo. Faken szit. Udawanie choroby to głupi pomysł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.