JUST KO

Ko’s anatomy

Budzi Cię dżwięk budzika, nie twojego. Przeciągasz się w łóżku, po czym idziesz do łazienki obtoknąć się wodą. Kiedy wracasz do łóżka, by jeszcze na chwilę na nim zalec, widzisz stojącą przy nim kobietę.
– Pani Ko? Proszę się przebrać, jedziemy.
Zakładasz wór pokutny, jaki ci wciśnięto, straszliwie sprany i rozcięty na plecach. Tak, widać pupę. Kładziesz się na łóżku i jedziesz w asyście dwóch pielęgniarek na salę operacyjną.

Jest godzina 7.40. Czekasz. Zimno, schodzą się rozchichotani lekarze i pielęgniarki. Dr Ciacho chyba dostrzega na twojej twarzy przerażenie, bo pyta, czy się dobrze czujesz.
– Tak, tylko… boję się. To moja pierwsza operacja.
– Aaaa, to spoko. Nasza też. Chcesz widzieć monitor? Będziesz nam podpowiadać, co robić.

Chwilę przed 8:00 anestezjolog próbuje wbić się igłą w twój kręgosłup. Okazuje się, że masz przeprost. Pierwsze, drugie, trzecie kłucie. Nic. Ze strachu i bólu mdlejesz. Potem drugi raz. Na koniec wymiotujesz. W końcu jakimś cudem udaje się znieczulić jedną z twoich nóg. Ale tak nie do końca, jest tylko trochę ciężka. Samo znieczulanie trwało ponad 40 minut, prawie tyle miała trwać operacja.

Zaczyna się. Słyszysz głosy, coś lekko szarpie w nodze. Nagle… no nie, to chyba śruba. Śruba?
– Przepraszam, czy mi teraz śrubę wkręcacie?
– Pani to czuje?!!!
Tak. I jak mi coś wycinaliście, zaczepialiście, też czułam. Boli. Anestezjolog siada obok i opowiada historie o szybowcach, tak jakby szybowce były teraz bardziej pasjonujące niż śruba wkręcana w twoje kolano.

Budzisz się chwilę potem. Zamiast nogi masz twardy pień. Jak nie twój – ani to podnieść, ani przesunąć. Zerkasz – spomiędzy bandaży wystaje plastikowa rurka – dren, który odprowadza z kolana krew i ropę. Mniam.

Znieczulenie mija kilka godzin później. To nie boli. To napierdala. Całe kolano rozszarpuje ci stado piranii. Kroplówka z pyralginą nie działa. Dostajesz więc ketonal. Też słabo. Coś jeszcze i coś jeszcze. Masz ochotę zgryzać tynk ze ścian z bólu. Tak, przez cały dzień. Przez każdą sekundę. Nie udaje ci się przespać ani chwili. Czujesz też coś jeszcze, jakieś dziwne kłucie. Kurwa. Siku!
Wezwana siostra ze stoickim spokojem przynosi plastikową miskę. Podkłada Ci basen pod dupsko. A ty sikaj pod siebie. Przypomnę, że masz znieczulone lekko tam wszystko na dole. Oddanie kilku kropel równa się podobno wysiłkowi podczas rodzenia dziecka. Twój organizm ma dość wszystkiego. Poddaje się i zasypia.

W nocy budzi Cię potworny ból. Kilka razy. I znowu chcesz siku.

Rano dostajesz śniadanie, na które nawet nie możesz patrzeć. Właściwie to nie widzisz niczego, bo oczy i twarz zalewają Ci łzy. I wtedy wchodzi rehabilitantka i każe Ci podnieść tą nogę. Tak, tą z poszarpanymi mięśniami, zszytą łąkotką, ścięgnem wstawionym w miejsce więzadeł. Płytką na górze i śrubą na dole. Z trzema dziurami i wychodzącym z niej zakrwawionym drenem. Krzyczysz z bólu. Kiedy noga opada, słyszysz, że masz to zrobić jeszcze raz, a za chwilę masz wstać i iść o kulach na korytarz. Sama, bez pomocy. Całość trwa jakieś 10 minut, a ty błagasz o śmierć, o cokolwiek, byle by przestało boleć. Myślisz, że wczoraj bolało? Wczoraj to były niewinne pieszczoty, gra wstępna. To, że żyjesz poczujesz przez kilkanaście najbliższych godzin. I jak chujowe to będzie życie. Co kilka godzin prosisz o kroplówę, więc w końcu przychodzi moment, w którym nie mogą Ci już dać nic więcej.

Budzisz się w nocy z dziwnym uczuciem. Lepko. Mokro.
– Siostro,wyrwałam sobie wenflon… Mam dziurę w dłoni.
Wszystko uwalone krwią.

Wypis do domu dostajesz dwie doby po operacji. Wyciągają plastikową rurkę, nogę pakują w ortezę i pa! Do zobaczenia za 2 tygodnie, na zdjęciu szwów, potem za kolejne 4 na wizycie kontrolnej. W wyposażeniu masz receptę na zastrzyki przeciwzakrzepowe i środki przeciwbólowe (skończą się najpóźniej czwartego dnia). Droga do domu to droga przez męki, obolała kończyna podskakuje na każdym wyboju, na każdej nierówności. W swojej sypialni nie masz sterowanego łóżka, pielęgniarek z kroplówką, salowej z basenem. Masz za to ból. I jeszcze więcej bólu. Nie pijesz, żeby nie musieć wstawać do łazienki. Leżysz nieruchomo w jednej pozycji, więc zaczyna cię boleć kręgosłup, biodro, szyja. Brzuch jest siny od zastrzyków.

Dziś mija piąta doba od operacji. Ból zelżał, ale nie zniknął. Noga opakowana w metalowe chomąto jest wciąż spuchnięta. Nie mogę jej wyprostować. Ugiąć więcej niż na 30 stopni. Przejście o kulach z pokoju do kuchni to nieludzki wysiłek. W żadnej pozycji nie jest wygodnie. Zwłaszcza w siedzącej.

Po operacji otaczają cię ludzie… Lekarze, pielęgniarki, sanitariusze. Operacja jest sportem zespołowym. Wszyscy starają się dobiec do mety, na której czeka twoje zdrowie. Ale kiedy operacja się skończy, dopiero wtedy zaczyna się gojenie ran. Rekonwalescencja nie jest sportem zespołowym. To bieg w pojedynkę. Długi i wyczerpujący.

Nikomu nie życzę, by przeżył kiedyś to, co ja. No, może Putinowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.