JUST KO, LIFESTYLE

Mleko

Emaliowany rondelek był biały. Kiedy stał na gazie i nabierał temperatury, powietrze w całej kuchni wypełniało się mdlącą, słodkawą wonią. Mleko.

Mleka trzeba bylo pilnować. Ten przykry obowiązek często należał do mnie – trzeba było stać i patrzeć, jak na tłustej cieczy tworzy się pianka i w odpowiednim momencie zakręcić gaz. Kiedy mleku jednak udało się wykipieć lub co gorsza – przypalić, smród w mieszkaniu drażnił nozdrza, płyn czuć było spalenizną, a rondelek wymagał długiego szorowania z porowatej substancji.

Bo kiedyś mleko to było mleko. Gęste i tłuste. Często prosto od krowy, dostępne dzięki dziadkom na wsi. Pamiętam jeszcze te pękate, szklane butelki z aluminiowym kapslem. I potem plastikowe, po napojach dwulitrowych, w których sprzedawano prawdziwe, wiejskie mleko.

Nienawidziłam mleka. Szczenięciem będąc kombinowałam jak mogłam i co tylko mogłam, by nie brać paskudztwa do ust.  A przecież te 25 lat temu szklanka gorącego mleka była koniecznym początkiem każdego dnia! Nam, dzieciakom, aplikowano dodatkowo największy koszmar dzieciństwa: mleczne zupy. Owsianka, zalewajka, kluski na mleku – wszystko gęste tak, że łyżka postawiona pionowo opadała dopiero po chwili. Pamiętam śniadanie w zerówce – codziennie zupa mleczna i kanapka. Kanapkę wciągałam od razu, zupa, która budziła we mnie wstręt, stała tak długo,  że całkiem stygła. Zawsze liczyłam, że coś się wydarzy, jakiś cud i nie trzeba będzie jej jeść. Cudów nie było – zimna zupa smakowała jeszcze gorzej, stawała w gardle, rosła w buzi i nie dawała się przełknąć. A zjeść trzeba, bo panie wychowawczynie nie pozwalały wstać od stołu do zabawy, zanim wszystko nie będzie zjedzone.

Picie mleka wiązało się z dodatkowym stresem. KOŻUCH. Tłusta warstwa, pomarszczona i przyklejona do wnętrza kubka. U mnie wywoływała obrzydzenie i odruchy wymiotne. Wyjścia z sytuacji były dwa – albo wypić mleko tak szybko, żeby kożuch nie zdążył się pojawić (ale wtedy nie można było liczyć na to, że w jakiś sposób uniknie się spożycia tej białej szkarady) albo wyłowić go łyżką. Wyławianie trzeba było przeoprowadzić ostrożnie i delikatnie, aby wyjąć obrzydlistwo w całości.  Jeśli kożuch się przerwał, w szklance zostawały fragmenty białych glutów, które język od razu wyłapywał. Fuj.

Byłam cwaniarą. Nie tylko liczyłam na dyspensę w spożywaniu, ale też ściemniałam, ile mogłam. Tak, wylewałam mleko gdzie się da. Jeśli Mamy akurat nie było w kuchni, płyn trafiał do zlewu, z powrotem do garnka, gdziekolwiek byle nie do moich ust. Mama najczęsciej wiedziała, co się święci i zerkała na mnie, krzątając się i nie dopuszczając do oszustwa. Potulnie brałam więc kubek i szłam do mojego pokoju, by jak to Mama narzekała “pomodlić się nad nim i wreszcie wypić”.

Fikus stał w kącie pokoju. Wielki, sięgał prawie pod sufit, tak mi się wtedy przynajmniej zdawało. Rósł sobie w wielkiej, drewnianej donicy. I stał się moim największym sprzymierzeńcem w walce z wrogiem. Regularnie był podlewany ciepłym, tłuściutkim mleczkiem. Zmora codzienności została pokonana, Mama nic nie wiedziała, żyć nie umierać.

Sielanka trwała. Do czasu, kiedy to w moim pokoju zamieszkał ze mną… smród trupa. Skisły, obrzydliwy fetor, który stale był wyczuwalny, nawet po wietrzeniu.. Mama na próżno szukała jego źródła oskarżając mnie o zapomnianą kanapkę w plecaku czy inne resztki jedzenia w bałaganie. Ja sama również nie wiedziałam, dlaczego mój pokój capie jak afrykańska chata, dziecięcy mózg nic nie kojarzył. W końcu wpadłam. Mama dopatrzyła się białoszarego nalotu na ziemi w doniczce, powąchała, dodała dwa do dwóch i wszystko było jasne. Fikus wyprowadził się z mieszkania, ja pewnie oberwałam szmatą po tyłku i dostałam jakąś straszną karę. Mleko pić musiałam.

25 lat później okazało się, że mam nietolerancję laktozy. Demony dzieciństwa dają o sobie znać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.