JUST KO, LIFESTYLE

Piątek, 16:00

Są takie momenty, kiedy rachunek prawdopodobieństwa nie działa na Twoją korzyść. Dodatkowo wsparte jest to złośliwością rzeczy martwych oraz brakiem czasu na reakcję.
Życie korpoludka usiane jest minikatastrofami, i nie skłamię, jeśli powiem, że większość z nich objawia się niczym grom z jasnego nieba.
Piątki są ogólnie ciężkie. Przychodzisz rano, odpalasz komputer, widzisz skrzynkę zawaloną mailami. Wzdychasz, idziesz do kuchni zrobić sobie kawę, bo wiesz, że nie wstaniesz z krzesła, dopóki się nie odgrzebiesz, czyli aż do 14.00. W kuchni nerw, bo ktoś Ci zasunął mleko z lodówki, w której zresztą coś zdechło i śmierdoli niemiłosiernie. Robisz czarną kawę, gorzką, bo cukier też się nie ostał i wracasz do biurka. Odpisujesz na maile, robisz raporty podsumowujące tydzień, zlecasz kreacje na 3 tygodnie do przodu, bo  grafik idzie na urlop, w międzyczasie przystrajasz biurko kolegi, który w urlopu właśnie wraca.
Około 14.00 wyrywasz się na szybki lunch (wariant optymistyczny) do biurowej jadłodajni zwanej też Soda Barem, bo wszytko tam napompowane jak ludzik Michelina albo wcinasz kupioną u Pana Kanapki bułę (wariant realny), krusząc sobie w klawiaturę.
Ufff…. Nadchodzi 15.30. Luzujesz się, mniej istotne wiadomości wrzucasz za monitor, bo przecież możesz odpisać na nie w poniedziałek, sprawdzasz ostatnie tabelki i nawet wypełniasz nagłówki jakimś kolorem. Odchylasz się w fotelu, wyciągasz ręce, żeby kręgosłup odpoczął i zaczynasz powoli odpływać myślami w czas wieczornej przyjemności.
I już prawie jesteś w ogródku, już prawie witasz się z gąską i…. pierdut. Mail/telefon/komunikat. Nie ma, nie działa, zesrało się. Klienci się wkurzają, bo przecież lecisz sobie w kulki, masz ich w dupie i na pewno chcesz wydymać. Jedną ręką łapiesz telefon i dzwonisz do mistrza ceremonii, który akurat dziś jest zdalnie i tak naprawdę to już odszedł od kompa… Druga ręka stuka więc na Skypie do kogoś, kto ewentualnie też może zadziałać, ale niestety, jest na spotkaniu. Trzecią ręką ocierasz pot z czoła i widzisz, jak czas wieczornej przyjemności ostatecznie się od ciebie oddala, a rzeczona gąska spierdziela do ogródka konkurencji.
FUCK UP. Zawsze, ale to zawsze, pojawia się w piątek o 16:07. I zostawia gorsze zniszczenia niż najsilniejsze tornado… Dobrze, kiedy udaje się go jakoś pokonać i o 18:00 z czystym sumieniem możesz zamknąć laptopa. Masz wtedy ochotę strzelić sobie w łeb, a kiedy wychodzisz wreszcie z fabryki i gasisz światło słyszysz, jak złośliwie chichocze się spod któregoś biurka:
– Miłego weekendu, pa! Do zobaczenia za tydzień o 16:07!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.