Podróż na cztery ręce

Stare ludowe porzekadło głosi, że jeśli chce się kogoś poznać, należy go zabrać w podróż. To sprawdzian, jaki bardzo trudno zaliczyć. Dlaczego? Bo jesteś skazany na drugą osobę. Bo spędzasz przy niej 24 godziny na dobę. Bo dzielisz z nią nie tylko radości, ale i problemy. Taka podróż, zwłaszcza na dłużej i w naprawdę nieznane, jest “małżeństwem w pigułce”.

Kiedy ja i eN wyjeżdżamy, 100% czasu spędzamy ze sobą. Nigdy nie śpimy oddzielnie, nie jemy oddzielnie i nie zwiedzamy oddzielnie. Jedyne chwile samotności to te spędzone w łazience, bo nawet nasza zażyłość nie zniosłaby chyba takiej próby. I, chociaż oboje nie lubimy tego słowa i staramy się sobie wmówić, że wcale tak nie jest, uzależniamy się od siebie. To dlatego włażę z eN na klify, skałki i urwiska, wjeżdżam na najwyższe budynki świata i wychodzę na tarasy widokowe przyprawiające mnie o mdłości. To dlatego on człapie ze mną na lokalny bazar, bym mogła kupić sobie kolejną pstrokatą szmatkę. I to dlatego słuchamy wspólnie audiobooków, nawet jeśli ja nie lubię science fiction, a eN nie śledzi z zapartym tchem kolejnych perypetii Chyłki i Zordona. Cisza też nam nie przeszkadza, bo ja mogę wtedy pogapić się w okno, a eN snuć w myślach plany stworzenia ludzkiej kolonii w kosmosie. Wszystko razem, razem, razem.

Każdy dzień w podróży przynosi nowe wyzwania, niespodzianki i sytuacje, którym należy stawić czoła. Czasem są to sytuacje ekstremalne, jak ta, kiedy leżałam spocona, nieprzytomna, z gorączką palącą całe ciało w hotelu na południu Chin, a eN szukał apteki z niemówiącymi po angielsku Chińczykami i rozpaczliwie próbował wypłacić pieniądze na leki z kilku kart w kilku bankomatach i nic nie chciało działać. Leki znalazł, kupił i wmusił je we mnie, chociaż wierzcie mi, tradycyjna medycyna chińska nie jest najprzyjemniejsza w spożywaniu. Następnego dnia, kiedy to eN trawiła gorączka, ja byłam jego pielęgniarką, chociaż sama czułam się jedynie odrobinę lepiej niż poprzedniego dnia. Trudne momenty umacniają, nie rozwalają. Przynajmniej nas.

Ale żeby nie było – są też cudowne momenty. Planując objazd po Chinach specjalnie przemierzaliśmy tysiące kilometrów, żeby zjechać do Longsheng. Kiedy ja chciałam odpuścić, eN spojrzał i powiedział, że nie ma mowy. Jedziemy.
– Ale dlaczego? Musimy tam specjalnie lecieć, stracimy trzy dni, żeby zobaczyć tą jedną rzecz…
– Tak. Ale twoim marzeniem było zobaczyć pola ryżowe.

Dlaczego w naszym przypadku “to działa”, a dla wielu par podróże kończą się rozstaniem?

Uzupełniamy się. Ja jestem “dziewczynką na posyłki”. To ja idę spytać o drogę, zameldować nas w hotelu, wyżebrać wrzątek na stacji benzynowej, kupić bilety, bo eN nie lubi mówić po angielsku, a rosyjski rozumie dopiero po kilku kieliszkach wódki. Ale eN zawsze siada za kółkiem. Ja jestem marnym kierowcą, jak trzeba będzie prowadzić auto, to poprowadzę. Ale nie będę mknąć z prędkością 140 km/h przez autostradę, co wydłuży czas przejazdu, więc za kierownicą siedzi eN.

Nie obwiniamy się. To nie moja wina, że nocleg kosztuje nie 34 euro, tylko 90 (info o dodatkowych opłatach było małym druczkiem). To nie wina eN, że nie sprawdził trasy i do lodowej jaskini dojeżdżamy o 15:55, a ostatnie wejście do niej jest o 15:45.  Nie mamy wpływu na wszystko: na to, że zabłądzimy, spóźnimy się na samolot, zarysujemy wypożyczone auto, trafimy do knajpy z obrzydliwym jedzeniem. Błędów nie popełniam ja ani eN. Popełniamy je razem albo… dzieją się same 🙂

Mamy… duży dystans do siebie i dużą odporność na trudy podróży. Ciężkie plecaki na plecach, upały, wędrowanie w kurzu, paskudne jedzenie nie są dla nas dramatem. To, że nie myjemy się przez kilka dni jest uciążliwe, ale… no trudno. Śmierdzimy oboje, i co z tego? Czasem nie ma możliwości zjedzenia czegoś innego niż pasztet z puszki i chińska zupka, założenia czystej koszulki, umycia się i, za przeproszeniem, wysrania się inaczej niż pod sąsiednimi krzakami.

Lubimy się. Po prostu.

Dodaj komentarz