KSIĄŻKI

Nie pokocham centrów handlowych

Powieść “Jak pokochać centra handlowe” otrzymała właśnie Paszport Polityki. Za co? Nie wiem. Ta książka jest słaba. Nie zła, słaba. Zbiór zapisków świeżo upieczonej matki jest niespójny, chaotycznie połączony i momentami wręcz irytujący. Ten bałagan drażni, a koszmarny, suchy język irytuje.

Jak pokochać centra handlowe

Natalia Fiedorczuk
wyd. Wielka Litera

Kim jest Lucyna?
Lucyna jest młodą matką. Syna urodziła niedawno, są to dni, a może tygodnie. Wcześniej chorowała na depresję, chodziła na spotkania dla osób ze skłonnościami do “popadania w doły”. Lucyna przeżywa same tragedie, jest kimś w rodzaju macierzyńskiego Hioba. Wciąż przewija się w jej życiu smutek, żal, desperacja. Jest zaszczuta, przerażona, a co najgorsze, sprawia wrażenie po prostu głupiej. Mąż nie pomaga, mąż ucieka od życiowych trudności w pracę. Ten model to jakiś demon naszych czasów – nagle z archetypu doskonałej matki-polki i głoszenia macierzyństwa jako cudu i najpiękniejszego okresu w życiu kobiety powstał archetyp matki skrzywdzonej. Zmęczonej życiem, karmieniem, kolkami i sprzątaniem mieszkania. Tak, Lucyna ciągle biadoli, użala się nad sobą i marudzi. Brakuje tu radości.

Czy tak przejawia się depresja? Może. Nie wiem, nie miałam. Jednak wyciekająca z każdej strony książki żółć i niezadowolenie sprawia, że nie współczułam bohaterce. Ja nią gardziłam. Czułam na sobie próby zastosowania emocjonalnego terroru. Nie wyszło.

Bzdura, bzdura.
Są tu epizody zabawne. Jak ten, kiedy Lucyna po zaparkowaniu na miejscu dla niepełnosprawnych zostaje zmuszona przez pracowniczkę Straży Miejskiej do pisania donosów na innych rodziców. Kobieta odbywa więc regularne spacery po okolicy dokumentując przestępstwa rodziców przeklinających w obecności dzieci, palących przy nich papierosy, podających brudne smoczki i pozwalających czołgać się im po chodnikach. Jednak nawet takie kuriozum zostało w książce opisane na szaro-buro.

Jest i tragizm. Momenty, w których Fiedorczuk opisuje depresję, ale tym mało stękającym tonem, są mocne. Przeszywające i prawdziwe. Tyle, że po kilku akapitach pojawia się opis tytułowych hipermarketów. Naprawdę, większość społeczeństwa dodksonale wie, że w Lidlu najpierw trafia się na półki z pieczywem, potem z ciastkami, a chłodnie z nabiałem i wędlinami znajdują się na końcu hali.

Czy fragmenty typu:

Cotygodniowe zakupy w dyskoncie są zakupami z tak zwanego koszyka potrzeb podstawowych. W dziale owocowo-warzywnym: kartofle, włoszczyzna, brokuły, kalafior, kalarepka. Jabłka. Banany dla dzieci. Dalej nabiał. Masło, twaróg, jogurt naturalny. Jajka. Porcje rosołowe, patroszona ryba. Jeśli miesiąc jest słaby, to same porcje rosołowe. Ser żółty z gumy, ostrzykana wędlina. Ogórki kiszone, puszki pomidorów, kukurydzy, groszku, fasoli. Nawet nie patrzę na półki. Wszędzie wszystko zawsze to samo. Skanuję towary wzrokiem jak wprawiona kasjerka i dokonuję szacunku finansowego. Dwadzieścia sześć, pięćdziesiąt siedem, sześćdziesiąt dziewięć, sto dwadzieścia. Przy kasie okazuje się, że myliłam się zaledwie o dwa złote. Na moją korzyść.”

wzbogacają powieść? Ani to ładne, ani metaforyczne.

Za co te nagrody? Może ja się nie znam, może nie rozumiem, ale nie kupuję tego. Ta książka miała czymś ambitnym, dającym do myślenia. A jest jednym, wielkim banałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *