LIFESTYLE

Polak na wakacjach

W weekend byliśmy z Qu na spontanicznym wypadzie w Beskidzie Żywieckim. Na szlaku trafiliśmy na milusi obrazek: czterosobowa rodzinka z psem. Mama, tata i dwoje dzieci z plecaczkami chodzą po górach. Sielsko, anielsko. Czar prysł na kolejnym postoju – usłyszeliśmy, jak Tata Tyran wrzeszczy na Mamę, wyklina ją, nakazuje spierdalać. Kiedy tata kończy, nastoletnia córunia dodaje swoje 5 groszy:
– Właśnie, idź sobie, nikt cię tu nie chce.
Delikatnie nas przytkało. Odczekaliśmy, aż Państwo Uroczy oddalą się od nas na chwilę, aby nie słyszeć tej sceny po raz kolejny.
I tak mnie dziś natknęło, że polskie rodziny na wakacjach mają swój swoisty urok. Niezależne od tego, gdzie spędzasz urlop, na 100% natkniesz się na jakiegoś przedstawiciela któregoś specyficznego gatunku.

Gatunek: Furiat
Typ wspomnianego już Taty Tyrana. Jeszcze ich nie widać, a już słychać. Swoim pociechom wymierzają wychowawcze klapsy, żony traktują jak worek treningowy. Głowa rodziny, która nie znosi sprzeciwu i sprawuje władzę absolutną. W sytuacjach kryzysowych stosuje jedyną słuszną metodę:
-Weź go Halina ucisz, niech nie wyje, bo nie zniesę…

Gatunek: Lanser
Lanser jedzie na urlop wyhaczyć nowe foczki. Lanserów zazwyczaj jest trzech czy czterech, wszyscy wolni, zadbani, odziani w polo Lacosty z postawionym kołnierzykiem i japonki lub białe adidasy. Na plaży prężą wysmarowane olejkiem wątłe klaty i obczajają kolejne dupeczki. Kiedy ich ciała są już wystarczająco brązowe, ruszają na nocne łowy do okolicznych barów, gdzie wypijają hektolitry browaru i prezentują na parkiecie swoje znikome umiejętności taneczne. Wracają do hotelu nad ranem z dumą na twarzy i tekstem “Prawie ją miałem!”

Gatunek: Polak-Cebulak
Przywódca stada. Spalony na czerwono  Krzychu, który przywiódł swoją rodzinę do Sharm el Sheikh, zapłacił grubą kasę za pobyt all-inclusive, więc teraz wymaga. Miejscowi na każdym kroku próbują go oszukać, więc Krzychu waży podanego mu w knajpie steka, by sprawdzić, czy jego waga jest zgodna z tą podaną w menu. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało, ściśle pilnuje też godzin posiłków, punktualnie ustawia się w kolejce do koryta, by na wielki talerz suto nałożyć wszystkiego, co dają. Zżera to wszystko, na zapas, jakby za chwilę miała wybuchnąć wojna. Zapłacił, to zje, chociaż paskudne. Zanim wróci na plażę, Krzychu każe swojej żonie zapakować coś na wynos, bo do wieczora pewnie zgłodnieją. Na plaży nie wykupuje leżaków, bo nie będzie płacił ciapatym 4 euro dziennie, skoro ręcznik może rozłożyć za darmo. W sklepie targuje się o każdy grosz, by po kilkunastu minutach zgarnąć swoją Wandę gdzie indziej, bo tu go przecież chcą oszwabić. Z obsługą hotelu wykłóca się o o lepszy pokój, o wyższy standard, o karaluchy w łazience, o widok za oknem, oczywiście po polsku, bo po angielsku to on tylko “jes” i “noł”.
Po powrocie do Polski przechwala się przed kumplem Mirkiem, że miał lepiej, taniej, ładniejszą pogodę, lepsze żarcie, a Wanda opaliła się bardziej niż Mirkowa Kryśka.

Gatunek: Natchniony oazowiec
Jest tak bardzo natchniony, że nie ogarnia własnego natchnienia. Chudy, blady, z bródką, w krótkich szortach z kilkunastoma kieszeniami, do tego koszula w kratę i obowiązkowe sandały-jezuski. Oazowiec przemierza świat z gitarą i starym śpiewnikiem z wklejonymi, zasuszonymi roślinami. Spotkasz go w pociągach TLK, schroniskach młodzieżowych i tanich barach. Czyta Bukowskiego i Remarque, snuje filozoficzne wywody i cicho brzdąka piosenki Starego Dobrego Małżeństwa.

Oczywiście wszelka zbieżność imion, miejsc, wyglądu osób jest zupełnie przypadkowa, choć opisane sytuacje nie są fikcyjne. Gatunki, niestety, też nie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.