JUST KO

Prawko? Za 3 razem zdasz!

Łomatuchno, wygrzebałam ten tekst z czeluści maila. A to przecież przygoda godna uwiecznienia, nawet kosztem dożywotniego wysłuchiwania szyderczych uwag. Enjoy!

Prawko? Za 3 razem zdasz!

W pewnych kręgach środowiskowych moja walka toczona z Warszawskim Ośrodkiem Ruchu Drogowego urosła już do rangi wojny trojańskiej, a nawet starć w Mordorze.
W pracy zwłaszcza moje kolejne próby zdobycia upragnionego różowego dokumentu, wszak trzeba było brać wolne dni, spóźniać się lub wychodzić wcześniej… a to trochę jednak trwało.
Zaczęło się szczęśliwie. Po ukończonym kursie w szkole jazdy stawiłam się karnie na Radarowej, aby zapisać się na egzamin teoretyczny. Kolejka jak na Giewont, tłumy ludzi czekające na zapis w terminie do 18 stycznia (19. zmieniały się zasady testu). 40 minut, godzina, dwie minęły nie jak z bicza strzelił, lecz wlokąc się niemiłosiernie. Po prawie trzech nad okienkiem wyświetlił się mój numerek. Podałam dowód, kwit potwierdzający wpłatę i usłyszałam:
– Pewnie chce Pani zdawać na starych zasadach? Mam dwa ostatnie wolne miejsca, na 18 stycznia na 21.00 i 22.00.
Wybrałam 21.00, a tłumek kłębiący się za mną zawył, stęknął, poszło też kilka wulgarnych pytań, że jak to, k….a, nową już mam zdawać? Głupi ma szczęście, Kocisz załapał się na “starą teorię”. Na tym szczęście się skończyło.
18 stycznia tuż przed 21.00, w mrozie i ze świadomością, że mam tylko jedną szansę na zaliczenie testu i że nie mogę powtórzyć wyczynu pewnego młodzieńca, który splamił honor swego rodu nie zdając teorii więcej niż raz, zameldowałam się w baraku. Pytania miałam wykute na pamięć, rady Radzia (“Pamiętaj, jak jedziesz przez skrzyżowanie, to prawą masz mieć zawsze wolną!”) wpojone, więc ten egzamin musiał się okazać sukcesem. O błędów. Szkoda, że ten sukces nie miał zamiaru tak szybko się powtórzyć.

Podejście 1:
Po miesiącu miał się odbyć mój pierwszy egzamin. W pracy się śmieli:
– Załóż sukienkę z dekoltem, łatwiej zdasz!
Założyłam. Poszłam na egzamin. Kiedy wreszcie megafon rzucił w eter moje nazwisko i podeszłam w wyznaczone miejsce, podszedł do mnie egzaminator.
– Dzień dobry, Anna Jakaśtam. Będę z panią przeprowadzać egzamin.
Anna. Baba. Taaaak, to już mi kiecka z cyckami na wierzchu pomogła.
Na pełnym luzie, bo to przecież pierwszy raz zaliczyłam plac i czynności techniczne i wyjechałam na miasto. Rondko, parkowanie, hamowanie, zawracanie, wszystko pięknie. Skrzyżowanko, Kocisz gapa biegu nie zredukowała, auto zacharczało i zdechło. Ale co tam, raz zgasnąć przecież może. Kocisz gapa odpaliła, tym razem z jedynką i pojechała dalej. I jedzie sobie dalej, bo ma zielone światło, aż tu nagle rowerzysta debil wyskoczył jej tuż przed maską. Hamulec, pisk opon, rowerzysta spierdzielił, Kocisz się mało nie po…płakał ze stresu. Nogi, ręce, włosy, wszystko się trząść zaczęło. I autko zgasło drugi raz. Anna Jakaśtam oznajmiła, że wynik jest negatywny. Coś mnie strzeliło (właściwie to wiem co, ale to brzydkie słowo, a ja obiecałam), ale machnęłam ręką. Przecież zdam za drugim, max trzecim razem.
Podejście 2:
Uwaliłam na górce. Wstyd się przyznać, ale tak.
Podejście 3:
Egzaminator Zdziś. Uwalił mnie za zbyt ostre wchodzenie w zakręty. “Wolniutko trzeba, do spokojnej dwójeczki, a nie do górnej dwójeczki…”
Podejście 4:
Moja wina. Na rondku w lusterko nie spojrzałam, a tam coś jechało. Umknęłam, ale ledwo – sama siebie bym oblała.
Podejście 5:
O, znów egzaminator Zdziś! Trzeba wolno przy nim skręcać, więc jak ciapa ostatnia wjeżdżałam w zakręty, żeby znów się nie przyczepił. I co? “Pani Marto, ale jeździć to płynnie trzeba, nie można tak zwalniać, to jest utrudnianie ruchu drogowego… Niestety wynik negatywny”. Acha, a więc dziś pan Zdziś miał nastrój na szybką jazdę.
Podejście 6:
Parkowanie. Zakręcam sobie spokojnie, chociaż menda kazała mi zaparkować w bardzo wąskim miejscu. I ni stąd ni zowąd ta sama menda nagle dała po hamulcach, bo przecież bym zaraz w samochód wjechała. W który? O, ten, tu. Stojący w odległości jeszcze co najmniej pół metra. Interwencja egzaminatora, wynik negatywny.
Podejście 7:
Siódemka musi być szczęśliwa. Błagam, już dawno przestałam się przyznawać, która to moja próba. Placyk zaliczony, manewry na mieście też. O kurna, wracamy do ośrodka! Czy to znaczy, że zdałam? Niestety, tuż przed bramą ośrodka słyszę, że niewłaściwie oceniam sytuację na drodze. Poprosiwszy o konkrety usłyszałam, że Pan się czuł ze mną bardzo niepewnie. I tamten samochód, jadący z naprzeciwka jechał szybko, a ja mimo to pojechałam przed nim.
Podejście 8:
Górka. Przejechałam i czekam na egzaminatora. A ten łazi za samochodem coś ogląda, czegoś szuka pod autem.
– O w mordę, coś urwałam?
– Nie, myszy Pani rozjechała. Trzy.
Podejście 9:
Trafił mi się cudowny dziadunio, mówiący do mnie “Martuś” i znacząco chrząkający każąc mi skręcać w lewo z jednokierunkowej. Nie pamiętam, co przeskrobałam, ale przeskrobałam.
Podejście 10:
Dzięki mało ogarniętemu instruktorowi z eLki jadącej przede mną zostałam oblana w bramie wjazdowej do ośrodka. Tak, już do niego wracałam. Instruktor uraczył mnie jeszcze  komentarzem na tyle wkurzającym, że podeszłam do okienka, złapałam go za koszulę i powiedziałam, żeby się zamknął. A śmiałam się z Gośki, że wyciąga ludzi z samochodu przez okno….
Podejście 11:
Znów pan Zdziś. Wiedziałam, że nie mam po co wchodzić do samochodu. I słusznie. Uwalił mnie na powrocie do ośrodka. Wymusiłam pierwszeństwo ponoć, choć kiedy ja już zjeżdżałam ze skrzyżowania, samochód z prawej dopiero do niego dojeżdżał. Pewnie gdybym czekała, aż się doturla, też bym uwaliła, za utrudnianie ruchu.
Podejście 12:
Ostatnia szansa, jak nie zdam, będę musiała powtarzać teorię. Na nowych zasadach, którą zdaje tak mało osób. Podliczyłam też, ile mnie kosztował kurs, egzaminy, jazdy doszkalające. Ponad 4 tysiące.
Egzaminator był łysy, gburowaty i mówił do mnie w 3 osobie: “Niech wsiądzie, przygotuje się do jazdy i trąbnie”. Kazał mi się przejechać kawałek, po 20 minutach wrócić i pogratulował. Kiedy mu się rzuciłam na szyję (nie powiem, lekko się zdziwił) i usłyszał wyżej opisaną historię spytał:
– A czemu Pani od razu nie zdawała u mnie? Przecież oblewali Panią za takie bzdury, że mnie by krew zalała….

Mnie też zalała. Zalewała regularnie przez pół roku. Zdałam za 12 razem. To i tak nieźle, bo doświadczeni kierowcy, którym prawko odebrano za punkty, zdawali podobnie. Wiem jedno – nigdy nie pozwolę odebrać sobie tego prawka. Choćby skały srały, nie oddam!

0 thoughts on “Prawko? Za 3 razem zdasz!

  1. podobno trzynasty raz darmowy? 😉
    a na poważnie, bardzo Cię wkurzę jak powiem, że zdałam za pierwszym razem? 10 lat temu, ale wcale prościej nie było.

    1. Trzynastego u mnie być nie mogło. Gdybym nie zdała tego dnia, musiałabym jeszcze raz zdawać teorię, bo właśnie tego dnia wygasała mi ważność. Szczęście w nieszczęściu? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.