JUST KO

Przygoda z członkiem

Spotkałam się wczoraj z M. na piwo, jakoś około 17.30. Ja wypiłam jedno, on trzy, siedzieliśmy może z 1,5 godziny. Ja potem miałam jeszcze parę spraw do ogarnięcia: pralnia, zakupy, poczta, więc… cała przygoda miała miejsce jakoś około 20.00.
Wysiadłam przy metrze Ursynów. Pogoda ładna, wieczór ciepły, więc mimo rozpieprzonego kolana postanowiłam się przejść. Idę i nagle widzę… pana. Pan miał opuszczone spodnie, zaś przy zauważalnym braku bielizny zauważalna była obecność jego nagiego członka swobodnie dyndającego.
Zamarłam. Wbiło mnie w ziemię.
Zamarłam jeszcze bardziej, kiedy pan zaczął iść w moją stronę. Późny wieczór, wokół żywej duszy, a w moim kierunku podąża gość z penisem na wierzchu. No po prostu zajebiście. Zaraz mnie zgwałci, albo co gorsza – zabije, a ja z tą nie trzymającą się w całości nogą nawet nie mam szansy zwiać, bo gość mimo opuszczonych portek jednak biec może.
Odwróciłam się więc i zaczęłam szybkim tempem iść jednak na przystanek, bo tam może będą ludzie… a ten za mną. I nagle usłyszałam, że zboczeniec mówi głośno jakiś wiersz. Serioza – rymował sobie jakieś frazy, nawet całkiem udolnie mu to wychodziło.

I teraz question – dacie wiarę? Szedł za mną facet z członkiem na wierzchu i recytował wiersz! No przecież takie rzeczy się zwykłym ludziom nie dzieją! Ja rozumiem: zgubić zakupy, pomylić olej z napojem, zabrać do pracy pilota od TV zamiast telefonu, to kwestia roztrzepania i życiowego niefartu – ale szurnięty zboczeniec romantyk?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.