LIFESTYLE

Zmiana

Zmiany są dobre. Nawet zmiana na gorsze jest dobra.
Zawsze bałam się zmian, tych poważnych, mogących namieszać w życiu. Trzymałam się pracy, znajomych, codziennego rytmu w dnia w obawie przed zepsuciem czegoś, wyjściem ze swojej strefy komfortu.

Porządnego kopa dostałam równo rok temu. Miałam fajną pracę, robiłam to, co lubiłam – było mi dobrze, bezpiecznie, a potrzeba bezpieczeństwa jest chyba tą podstawową, jej zaspokojenie jest konieczne do normalnego egzystowania. I nagle – fru! Było i nie ma. Nie chcemy cię tu, zrobiłaś co miałaś zrobić, nie jesteś nam więcej potrzebna. Szybciutko opróżnij swoje biurko, dysku czyścić nie musisz, bo już masz zablokowane wszelkie dostępy.  Weź swój kubeczek i właściwie to możesz już sobie iść. Spierdalando.
Zanim taki news i świadomość, co ze sobą niesie, dociera do twojej głowy, musi minąć kilka dni. Po pierwszym szoku (“O fuck, nie mam roboty…”) absurdalnie zaczynasz dostrzegać pozytywy bezrobocia: nie trzeba ustawiać budzika, nie jeździ się zapchanym metrem, można zrobić zakupy o 14.00 – no, sielanka. Przez tydzień. Bo nagle i tak wstajesz o 8.00 i… znajomi w pracy, więc i tak mają dla Ciebie czas po 17.00. I snujesz się po domu. Oglądasz zaległe seriale, wysyłasz kolejne CVki, kończysz zaczęte kiedyś książki. Otrzymujesz z banku smsy o obciążeniach konta – a uznań brak.
Koczowałam tak 2 miesiące. Serio serio, to były jedne z najcięższych dni jakie następowały po sobie. Nosiło mnie, a nie miałam co ze sobą zrobić. Mój Anioł Stróż znów gdzieś zachlał.
Dostałam robotę. Straszną. Czułam się, jakbym brała udział w eksperymencie Witka Szabłowskiego i musiała żyć w realiach PRL. Kasa przemarna. W skrócie – dolina. Męczyłam się równie mocno, jak na bezrobociu. Do pracy wstawałam z uczuciem, że idę na ścięcie. W pracy odliczałam minuty, sekundy, nanosekundy. I wtedy wrócił Antek. Znaczy się, Anioł Stróż. Na lekkim kacu, z nieświeżym oddechem, ale przyniósł na skrzydłach nową pracę. Znów było tak – jak ma być, czyli dobrze. Świetni ludzie – wartość największa. Godziwe pieniądze. Przyjemne obowiązki. Cud – miód!

I teraz ja z tego rezygnuję. Sama, z własnej woli. I nie boję się tej zmiany, bo wiem, że jestem na nią gotowa. Mam lekkiego stresa, że będzie ciężko, że mogę się nie sprawdzić, że nie podołam. Ale samej zmiany się nie boję. Nie można żyć wciąż w utartym schemacie, dać się pokonać sile nawyku. Będę zmieniać swoje życie, może kiedyś uda mi się wreszcie przestać popalać, chronicznie wybierać złych facetów, przygryzać policzek, kiedy się denerwuję. Ta zmiana będzie pierwszą. Nie ostatnią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.